2017-11-12 ⋅ Nowe technologie12 komentarzy

Nigdy nie byłam zapa­lo­nym gra­czem w gry kom­pu­te­ro­we. Od cza­su do cza­su wcią­ga­ło mnie coś na jakiś czas, ale spo­koj­nie mogę bez nich żyć. Pew­ne­go czerw­co­we­go dnia odkry­łam bar­dzo pro­stą grę na smart­fo­na, z prze­cud­ną gra­fi­ką. Niby nic szcze­gól­ne­go, ale kil­ka czyn­ni­ków spo­wo­do­wa­ło, że do dzi­siaj gram w nią codzien­nie. W dodat­ku nauczy­łam się nowych umie­jęt­no­ści. I wła­śnie tym chcę się dziś z Tobą podzie­lić.


Tra­iler gry Simon’s Cat Crunch Time

Tak napraw­dę mniej­sze ma zna­cze­nie, jaka to gra, ale jej pozna­nie pomo­że Ci zro­zu­mieć, co zmie­ni­ła ona w moim życiu. Ta gra to Simon’s Cat Crunch Time. W skró­cie pole­ga ona na łącze­niu w jak naj­dłuż­sze łań­cu­chy sym­bo­li na plan­szy o tym samym kolo­rze i kształ­cie.

To jest zasa­da pod­sta­wo­wa, w kolej­nych pozio­mach nastę­pu­ją mody­fi­ka­cje i roz­sze­rze­nia. Są róż­ne uła­twia­cze i utrud­nie­nia. Są spe­cjal­ne, ogra­ni­czo­ne cza­so­wo, wyzwa­nia, codzien­ne bonu­sy itd.

Jest też współ­pra­ca ze zna­jo­my­mi z Face­bo­oka, któ­rzy też gra­ją w tę grę – moż­na prze­sy­łać sobie dodat­ko­we życia i klu­cze, pozwa­la­ją­ce na przej­ście przez spe­cjal­ne bra­my, oddzie­la­ją­ce róż­ne obsza­ry gry od sie­bie.

Lekcja 1.: Wytrwałość

Posta­no­wi­łam sobie, że będę gra­ła, dopó­ki nie dotrę do pozio­mu 500 (z obec­nie przy­go­to­wa­nych 560), i wte­dy napi­szę ten arty­kuł. Tak też się sta­ło – kil­ka dni temu, pod­czas mojej stan­dar­do­wej wie­czor­nej run­dy gra­nia, wygra­łam ten sym­bo­licz­ny poziom gry.

Żeby tam dotrzeć, musia­łam więk­szość z pozio­mów przejść nie raz i nie dwa, a zazwy­czaj nawet i kil­ka­dzie­siąt, a może i wię­cej razy. – O tym za chwi­lę. Nato­miast utrzy­ma­nie i osią­gnię­cie tego celu, było dla mnie ogrom­ną lek­cją wytrwa­ło­ści. Zoba­czy­łam, że potra­fię przez dłu­gi czas wdro­żyć nawyk, nawet jeśli cza­sem jest trud­ny, poja­wia się zmę­cze­nie i zde­ner­wo­wa­nie. I nie tyl­ko cel jest nagro­dą (satys­fak­cja), ale też dro­ga sama w sobie.

Jako estet­ka, myślę, że nie wytrwa­ła­bym z tą grą tak dłu­go, gdy­by nie to, że ma prze­uro­cze ani­ma­cje kotów w sty­lu Simon’s Cat, któ­ry uwiel­biam. Nie lubię brzyd­kich gier i zazwy­czaj się na nie nie decy­du­ję (pierw­sze miej­sce dla mnie pod tym wzglę­dem zaj­mu­je Monu­ment Val­ley, któ­rą zresz­tą gorą­co pole­cam).

Lekcja 2.: Ambicja

Przy oka­zji gry, śle­dzi­łam rów­nież fan page na Face­bo­oku. Raz na jakiś czas poja­wia­ją się tam np. kon­kur­sy dla fanów lub infor­ma­cje o nowych pozio­mach. Naczy­ta­łam się mnó­stwo komen­ta­rzy ludzi, narze­ka­ją­cych na to, że gra jest za trud­na i nie da się jej przejść, nie wyda­jąc na nią mnó­stwa pie­nię­dzy. Gdy to prze­czy­ta­łam, posta­no­wi­łam, że nie wydam na nią ani gro­sza.

Cza­sem mia­łam poku­sę, żeby doku­pić bra­ku­ją­ce mone­ty albo wyłą­czyć rekla­my, jed­nak posta­no­wi­łam, że zoba­czę, jak to będzie, gdy tego nie zro­bię.

Pisa­łam już kie­dyś o ambi­cji w nie­co nega­tyw­nym kon­tek­ście. Tu jed­nak sta­ła się ona napę­dęm do prze­ćwi­cze­nia siły woli. I bar­dzo mi się przy­słu­ży­ła.

Lekcja 3.: Nie poddawanie się

Wie­lo­krot­nie wąt­pi­łam, czy dam radę osią­gnąć mój zamie­rzo­ny cel. Wie­lo­krot­nie tra­fi­łam na takie pozio­my, któ­rych przej­ście wyda­wa­ło mi się nie­moż­li­we. Jeden z nich – rekor­dzi­stę – pró­bo­wa­łam roz­gryźć przez jakieś dwa tygo­dnie.

To nauczy­ło mnie, że nawet naj­trud­niej­sze cele da się osią­gnąć, jeśli roz­ło­ży się je na mniej­sze odcin­ki, oraz cią­gle pró­bu­je się, zmie­nia­jąc tak­ty­kę. Jeśli cią­gle będzie się pró­bo­wać tak samo, nie ma szans na osią­gnię­cie inne­go wyni­ku. A w dal­szej czę­ści gry pozio­my są już tak trud­ne, że zwy­kły łut szczę­ścia nie był­by wystar­cza­ją­cy, żeby je przejść. Nie­zbęd­na jest tak­ty­ka i uważ­ność.

Ta lek­cja jest dla mnie wyjąt­ko­wo waż­na. Prze­kła­dam ją na to, jak bar­dzo jestem znie­chę­co­na do upra­wia­nia spor­tu. I wiem już, że jeśli nie będę się pod­da­wać, ale będę wytrwa­ła, to choć­by maleń­ki­mi kro­ka­mi, ale popra­wię i kon­dy­cję, i figu­rę, i ćwi­cze­nia będzie się wyko­ny­wa­ło o wie­le lżej z cza­sem.

Lekcja 4.: Koncentracja na celu

Każ­dy poziom w grze ma okre­ślo­ny cel, np. „nakar­mie­nie” kotów okre­ślo­ną licz­bą sym­bo­li o okre­ślo­nych kolo­rach, usu­nię­cie z plan­szy okre­ślo­nej licz­by „rybich cia­ste­czek” itp. Każ­dy cel wymu­sza inną stra­te­gię gry. Gdy czło­wiek się zaga­pi i gra z auto­ma­tu, może łatwo stra­cić cen­ne ruchy (w każ­dym pozio­mie jest ich okre­ślo­na licz­ba, zwy­kle bar­dzo wycyr­klo­wa­na), a od tego już pro­sta dro­ga do prze­gra­nej.

Dla­te­go przy każ­dym pozio­mie grę nauczy­łam się roz­po­czy­nać od spraw­dze­nia, jaki jest mój cel.

A to nauczy­ło mnie, że jeśli mam okre­ślo­ny cel, to moje dzia­ła­nia są znacz­nie bar­dziej pro­duk­tyw­ne i szyb­ciej osią­gam zamie­rzo­ny efekt. W prze­ciw­nym wypad­ku moje dzia­ła­nia są cha­otycz­ne i przy­pad­ko­we, a przez to i osią­gnię­cie celu jest pozo­sta­wio­ne przy­pad­ko­wi.

Lekcja 5.: Współpraca

Cie­ka­wym ele­men­tem lek­cji, jakie przy­nio­sła mi ta gra, jest to, żeby pro­sić o pomoc i że zazwy­czaj wte­dy się ją otrzy­mu­je. W grze Crunch Time współ­pra­ca z inny­mi gra­cza­mi nie jest zbyt roz­bu­do­wa­na. Jed­nak cza­sem ich pomoc była klu­czo­wa dla rusze­nia dalej i znacz­nie przy­spie­sza­ła akcję. Wystar­czy­ło kil­ko­ro gra­ją­cych zna­jo­mych, z któ­ry­mi wymie­nia­li­śmy się ser­dusz­ka­mi (życie) i klu­cza­mi, żeby zna­czą­co przy­spie­szyć grę.

Nie zawsze współ­pra­ca z inny­mi poma­ga w osią­ga­niu celu, ale war­to pamię­tać o sobie nawza­jem i dzie­lić się tym, co mamy dobre­go. To rów­nież moja lek­cja.

Lekcja 6.: Tu i teraz

Chy­ba naj­bar­dziej zaska­ku­ją­cą lek­cją dla mnie była ta, że naj­waż­niej­szym ele­men­tem było nie osią­gnię­cie celu, a bycie w „tu i teraz”. To wła­śnie przy­no­si­ło mi naj­więk­szą satys­fak­cję. To kon­cen­tra­cja na dro­dze, na przy­jem­no­ści, jaką odczu­wa­łam w mózgu, gdy uda­wa­ło się np. połą­czyć sym­bo­le w wyjąt­ko­wo dłu­gi łań­cuch, albo wyczy­ścić całą plan­szę – to wła­śnie było naj­faj­niej­sze. Myślę, że to przy­jem­ność porów­ny­wal­na do tej, jaka poja­wia się przy kro­je­niu pia­sku kine­tycz­ne­go albo przy wideo typu ASMR.

Zdra­dzę Ci sekret: cza­sem, gdy widzia­łam, że nie dam rady już ukoń­czyć pozio­mu (a i tak musia­łam dograć do koń­ca), dla wła­snej przy­jem­no­ści wyko­ny­wa­łam naj­bar­dziej satys­fak­cjo­nu­ją­ce ruchy, czy­li wła­śnie np. zbu­do­wa­nie bar­dzo dłu­gie­go łań­cu­cha.


Jak widzisz, nawet tak pro­sta gra, jak Simon’s Cat Crunch Time, może przy­czy­nić się do naucze­nia bar­dzo waż­nych umie­jęt­no­ści i wycią­gnię­cia istot­nych życio­wych wnio­sków. Te kilka–kilkadziesiąt minut codzien­nej gry bar­dzo mnie wzbo­ga­ci­ły i wzmoc­ni­ły. To kolej­ny dowód na to, jak wie­le w naszym życiu może zmie­nić tzw. gami­fi­ka­cja (lub gry­wa­li­za­cja).

To poję­cie okre­śla­ją­ce zamia­nę zwy­kłych codzien­nych czyn­no­ści w grę, np. spor­tu. Mecha­ni­ka gry, satys­fak­cji z niej pły­ną­cej, i innych waż­nych ele­men­tów, są wyko­rzy­sty­wa­ne np. w róż­nych apli­ka­cjach. Popu­lar­ny­mi przy­kła­da­mi są DuoLin­go, w któ­rej możesz uczyć się języ­ka, zdo­by­wa­jąc kolej­ne pozio­my, czy też Endo­mon­do, gdzie zdo­by­wasz punk­ty, rywa­li­zu­jesz ze zna­jo­my­mi, łączysz się w zespo­ły itp., żeby upra­wia­nie spor­tu sta­ło się dla Cie­bie zaba­wą.


A Ty lubisz grać? Jakie są Two­je ulu­bio­ne gry? Czy zda­rzy­ło Ci się, że gra­nie w coś przy­nio­sło Ci takie zaska­ku­ją­ce wnio­ski albo nauczy­ło cze­goś nowe­go? Podziel się w komen­ta­rzu!

Tym­cza­sem… pięk­ne­go dnia!

Asia

Foto: Koen Eij­ke­len­bo­om / Unsplash

  • Mag­da­la­ena

    Lubię gry tego typu np. Can­dy Crush czy Gar­den­sca­pes, przy­po­mi­na­ją mi ana­lo­go­we ukła­da­nie pasjan­sa czy papie­ro­we łami­głów­ki mate­ma­tycz­ne. Tyle, że ja trak­tu­ję je jako przy­jem­ne wypeł­nia­cze cza­su, meto­dę na relaks. W zasa­dzie liczy się dla mnie samo gra­nie a nie wcho­dze­nie na kolej­ne pozio­my, nawet cza­sa­mi narze­kam, że kolej­ne ukła­dan­ki sta­ją się zbyt trud­ne i dają mi wię­cej fru­stra­cji niż przy­jem­no­ści.
    Ja też uni­kam pła­ce­nia za gry – tzn. nie doku­pu­ję dodat­ko­wych monet, jeśli mogę je nazbie­rać, ale mogę zapła­cić 5 zł za brak reklam.

    • Swe­go cza­su też gra­łam w Can­dy Crush. Lubię takie gry typu „puz­zle games” i dla mnie też są one przede wszyst­kim przy­jem­no­ścią. :-)

      Mia­łam czas, kie­dy gra­łam inten­syw­nie w sudo­ku. Jak już roz­gry­złam mecha­nizm gry, gra­ło się samo. Lubię też bar­dzo róż­ne gry słow­ne.

  • Podob­nie mia­łam pod­czas gry w Can­dy Crush! :D nawet dopa­da­ły mnie podob­ne prze­my­śle­nia, szcze­gól­nie w kwe­stii ambi­cji. Doszłam nawet dalej, niż wszy­scy moi zna­jo­mi, po czym gra zro­bi­ła się skraj­nie dziw­na i prze­szła mi na nią ocho­ta. Nawet nie wie­dzia­łam, że jest gra sygno­wa­na Simon’s Cat! Muszę oba­dać :)

    • Taaa, też gra­łam w Can­dy Crush kie­dyś. Doszłam dość dale­ko, ale nie tak jak w Simon’s Cat. Potem się prze­rzu­ci­łam na Can­dy Crush Soda Saga, i to było tro­chę cie­kaw­sze, wię­cej opcji, ale mniej zna­jo­mych gra­ło ;-) A wia­do­mo – w takich grach zna­jo­mi są na wagę zło­ta :P

  • Ja uwiel­biam się bić ;) Mor­tal Kom­bat i Stre­et Figh­ter relak­su­ją jak mało co :)

    • To jest chy­ba jeden z naj­mniej lubia­nych prze­ze mnie typów gry. Ogól­nie lubię gry nie na czas, czy­li takie, gdzie nie trze­ba ćwi­czyć reflek­su albo się gdzieś spie­szyć. Lubię za to takie, gdzie albo trze­ba tro­chę pomy­śleć, albo moż­na dzia­łać ponie­kąd auto­ma­tycz­nie, wg jakie­goś sche­ma­tu (np. pasjans czy sudo­ku).

      A nade wszyst­ko kocham pięk­ne gry. <3

      Jak byłam mała mia­łam kil­ka ulu­bio­nych gier: Lar­ry (sic!), Pre­hi­sto­ric i Com­man­der Keen. Czy­li coś typu RPG i zręcz­no­ściów­ki. Teraz tro­chę mi się gusta zmie­ni­ły, i z jed­nej stro­ny lubię zagad­ki jak Lar­ry (ostat­nio zaczę­łam grać w Stran­ger Things, tro­chę podob­ny kli­mat), z dru­giej jed­nak zręcz­no­ściów­ki mnie znu­dzi­ły.

      • Nowy Mor­tal Kom­bat jest prze­ślicz­ny :D Ja w ogó­le dosko­na­le się relak­su­je przy thril­le­rach, grach gdzie się biją i na tre­nin­gach gdzie mogę walić w worek bok­ser­ski :D

        • Może to po pro­stu prze­ło­że­nie tego, co się lubi w realu :D Choć thril­le­ry to ja aku­rat uwiel­biam. Jeden z moich ulu­bio­nych gatun­ków :P Trud­no mi tro­chę wytłu­ma­czyć, jakie­go rodza­ju prze­mo­cy na ekra­nie nie zno­szę. Może takiej, gdzie fabu­ła jest tyl­ko pre­tek­stem dla przy­dłu­gich scen akcji. Ale z dru­giej stro­ny Dexte­ra uwa­żam za jeden z lep­szych seria­li, jakie obej­rza­łam, a tam sce­ny zabi­ja­nia były raczej skraj­ne. Tyl­ko on z tego zro­bił sztu­kę… Nie lubię też bez­myśl­nych scen prze­mo­cy, lubię, jak są emo­cje. Sama wiesz, jaka jestem… :P

          A z tym wor­kiem to też cza­sem może być faj­ne. Ja się ogól­nie nie umiem za bar­dzo zło­ścić, może by mi pomo­gło :P

          Może mi kie­dyś poka­żesz tego Mor­tal Kom­ba­ta w takim razie :)))

  • Ja tam od zawsze uwa­ża­łam, że gry kom­pu­te­ro­we są edu­ka­cyj­ne o ile się oczy­wi­ście nie prze­gi­na. Tego typu zazwy­czaj nie trak­to­wa­łam jak wyzwa­nia, a raczej mam je na tele­fo­nie dla zabi­cia wol­ne­go cza­su. Z kom­pu­te­ro­wych raczej lubię kla­sy­kę: Tro­pi­co, The Sims, NFS i GTA. Po stycz­nio­wej wypła­cie pla­nu­ję zakup naj­now­sze­go Need for Speed’a :).

    • Oczy­wi­ście, dla mnie gra to też po pro­stu przy­jem­ność i spo­sób na spę­dze­nie cza­su (raczej nie zda­rza mi się zabi­jać cza­su, w sen­sie, że zawsze robię coś dla mnie cie­ka­we­go i war­to­ścio­we­go). Aku­rat w wymie­nio­ne przez Cie­bie gry nigdy nie gra­łam, choć więk­szość koja­rzę z nazwy :P

  • Nie pomy­śla­ła­bym żeby war­to­ści z gier prze­kła­dać na życie. Chy­ba nawet bym nie potra­fi­ła, gry dla mnie są typo­wym momen­tem na odstre­so­wa­nie się i nie myśle­nie ;)

    • Rozu­miem Cię. Ja już tak mam, że wie­le rze­czy ana­li­zu­ję i roz­kła­dam na czyn­ni­ki pierw­sze. :P

Kon­takt: asia@rycko-bozenska.blog

Pro­jekt: simplyyourself.online

© 2012–2017 Asia Ryć­ko-Bożeń­ska

Stro­na uży­wa cookies.

FreshMail.pl