2018-05-12 ⋅ Codzienność1 komentarz

Zaczę­ło się 27 kwiet­nia od lek­kie­go uczu­cia bólu w pra­wym sta­wie skro­nio­wo-żuchwo­wym. Mię­śnie w tej oko­li­cy napię­ły się, żeby ochro­nić staw, wywo­łu­jąc szczę­ko­ścisk. Po kil­ku godzi­nach to uczu­cie minę­ło samo. Wra­ca­ło jed­nak do mnie codzien­nie przez ponad tydzień, coraz moc­niej i moc­niej.

 

Powtórka z rozrywki?

10 lat temu mia­łam dwu­let­ni (sic!) szczę­ko­ścisk, wywo­ła­ny wypad­nię­ciem krąż­ka sta­wo­we­go w lewym sta­wie skro­nio­wo-żuchwo­wym i ogrom­nym stre­sem. Wyko­rzy­sta­łam więc teraz tam­te doświad­cze­nia i zaczę­łam wspo­ma­gać się zna­ny­mi mi pro­ce­du­ra­mi: ogrze­wa­niem, roz­luź­nia­niem, lek­kim ćwi­cze­niem i relak­sa­cją. Koniecz­ne sta­ły się rów­nież leki prze­ciw­bó­lo­we.

Aż któ­re­goś dnia obu­dzi­łam się i… nie mogłam w ogó­le roze­wrzeć szczęk. Led­wo wci­snę­łam do buzi moje poran­ne leki. To był moment, w któ­rym prze­sta­łam koza­czyć i wie­rzyć, że dam radę z tego wyjść sama.

Już wie­czór wcze­śniej wska­zy­wał, że coś się będzie dzia­ło. Zasię­gnę­łam wte­dy opi­nii zna­jo­mych na Face­bo­oku, co moż­na w takiej sytu­acji zro­bić i do kogo się udać. Każ­dy miał inny pomysł – bo fak­tycz­nie – nie ma jed­nej pro­ce­du­ry. Szczę­ko­ścisk jest dole­gli­wo­ścią mimo wszyst­ko dość nie­ty­po­wą. Może on mieć wie­le róż­nych przy­czyn: sto­ma­to­lo­gicz­ne, reu­ma­to­lo­gicz­ne, psy­chicz­ne, laryn­go­lo­gicz­ne, neu­ro­lo­gicz­ne…

Decyzja o SOR-ze a syndrom oszusta

Był pią­tek po połu­dniu, a ja byłam w krop­ce. I w bólu. Jako że mam wygod­ny pry­wat­ny pakiet medycz­ny, spró­bo­wa­łam umó­wić się do inter­ni­sty jesz­cze na to samo popo­łu­dnie. Nie mia­łam lep­sze­go pomy­słu. Mimo bra­ku wol­nych ter­mi­nów reje­stra­tor­ka na info­li­nii dopy­ta­ła leka­rza, czy mnie przyj­mie. Zgo­dził się, jed­nak prze­ka­zał, że „nie­zwłocz­na wizy­ta” na SOR-ze, czy­li szpi­tal­nym oddzia­le ratun­ko­wym, będzie dla mnie lep­szym roz­wią­za­niem.

Prze­ra­zi­łam się tro­chę. Mimo mojej ogrom­nej histo­rii cho­rób, dole­gli­wo­ści, róż­nych ata­ków (pani­ki, ast­my, epi­lep­sji) nigdy w życiu nie byłam na SOR-ze. Mój kocha­ny Mąż jed­nak prze­ko­nał mnie, że nie ma się cze­go bać i dobrze tam o mnie zadba­ją.

Poje­cha­li­śmy więc na SOR na gdań­skiej Zaspie. Pierw­sze zde­rze­nie ze szpi­tal­ną rze­czy­wi­sto­ścią było dla mnie trud­ne. Mia­łam cią­gle poczu­cie, że moja dole­gli­wość jest zbyt bła­ha na tam­to miej­sce. Mia­łam kosz­mar­ny „impo­ster syn­dro­me”, czy­li tzw. syn­drom oszu­sta – takie uczu­cie, że mi się nie nale­ży. A panie na reje­stra­cji nie­ste­ty tyl­ko mnie w tym utwier­dzi­ły, dzi­wiąc się, co to za lekarz wysłał mnie na SOR bez zoba­cze­nia mnie na żywo.

Zieleń – kolor nadziei i… długiego czekania

Jed­nak zosta­łam przy­ję­ta i już po chwi­li usie­dli­śmy z Miło­szem w kolej­ce do „tria­ge”. Jest to takie miej­sce, gdzie każ­dy pacjent jest wstęp­nie bada­ny przez ratow­ni­ków medycz­nych, otrzy­mu­je swój „kolor” (o tym za chwi­lę) i zosta­je skie­ro­wa­ny do odpo­wied­nie­go oddzia­łu, leka­rzy czy na bada­nia.

Być może wiesz o tym, że na oddzia­łach ratun­ko­wych pacjen­ci są dzie­le­ni wg pil­no­ści przy­pad­ków. Wszak czym innym jest rato­wa­nie życia, a czym innym poskła­da­nie zła­ma­nej nogi. Prio­ry­te­ty są nie­zbęd­ne. Ozna­cza się je w sys­te­mie szpi­tal­nym kolo­ra­mi. Kolor czer­wo­ny jest naj­pil­niej­szy i nie cze­ka, potem są kolej­no poma­rań­czo­wy, żół­ty, zie­lo­ny i nie­bie­ski. Ten ostat­ni ozna­cza, że być może nie jest potrzeb­na pomoc na oddzia­le ratun­ko­wym. Ja otrzy­ma­łam kolor zie­lo­ny – ozna­cza­ło to przede wszyst­kim jed­no: dłu­gie cze­ka­nie. 😝

Popołudnie na SOR, bo mi się szczęka zacięła…

Popo­łu­dnie na SOR, bo mi się szczę­ka zacię­ła…

 

Wyda­wa­ło­by się, że jest to mało istot­na dygre­sja, jed­nak – jak prze­czy­ta­cie póź­niej – ten czas ocze­ki­wa­nia miał na mnie ogrom­ny wpływ.

Moje potrzeby nie są ważne

Na począt­ku bro­ni­łam się, żeby Miłosz ze mną został. W koń­cu taka dziel­na wojow­nicz­ka może sie­dzieć sama (choć cią­gle mia­łam uczu­cie, że nie powin­nam może tam być). Jed­nak mój uko­cha­ny uparł się, żeby ze mną zostać, a ja jestem mu za to bar­dzo wdzięcz­na. Spę­dze­nie całe­go tego cza­su samej było­by dla mnie bar­dzo trud­ne, a ja cią­gle mia­ła­bym wra­że­nie, że powin­nam wró­cić do domu i nie zawra­cać niko­mu gło­wy.

Umniej­sza­nie swo­ich potrzeb to taki sku­tek ubocz­ny tego, że przez jakieś 10 lat mie­wa­łam regu­lar­nie ata­ki pani­ki (opo­wiem o tym przy innej oka­zji), któ­re nie kwa­li­fi­ku­ją się na przy­jaz­dy pogo­to­wia itp. Nauczy­łam się, że muszę przy tym zagry­zać zęby i radzić sobie sama. Czy było to słusz­ne podej­ście? Trud­no to stwier­dzić. Z per­spek­ty­wy cza­su wie­le decy­zji by się pod­ję­ło ina­czej, nie da się jed­nak prze­żyć życia na nowo. Fakt, że mia­ło to na mnie jed­no­znacz­ny wpływ: nauczy­łam się wytrzy­my­wać… Cięż­ko się tego oduczyć i ma to ogrom­ny wpływ na to, jak szyb­ko np. dosta­ję wła­ści­we dia­gno­zy.

Jestem zdrowa?

Wra­ca­jąc jed­nak na SOR… zosta­łam przy­ję­ta przez – tym razem – nie­zwy­kle miłą, uczyn­ną i – co waż­ne – szcze­rą inter­nist­kę. Nie wie­dzia­ła zupeł­nie, co ze mną zro­bić i przy­zna­ła to od same­go począt­ku. Poin­for­mo­wa­ła mnie jed­nak, że pro­ce­du­ry wyma­ga­ją bada­nia u niej w celu skie­ro­wa­nia mnie do neu­ro­lo­ga.

Bada­nia ozna­cza­ły dla mnie w tym wypad­ku przede wszyst­kim wyklu­cze­nie róż­nych rze­czy. Mia­łam zba­da­ną krew. Poja­wi­ło się podej­rze­nie tężycz­ki, zosta­łam więc (pierw­szy raz w życiu) pod­łą­czo­na do kro­plów­ki. Cie­ka­we doświad­cze­nie.

Na razie pod obserwacją i kroplówką

Na razie pod obser­wa­cją i kro­plów­ką

 

Pod kro­plów­ką byłam chy­ba z godzi­nę, potem cze­ka­łam jesz­cze na wyni­ki bada­nia krwi. Te wyszły – oczy­wi­ście – ide­al­nie. Tężycz­ka zosta­ła więc wyklu­czo­na.

Następ­nie zba­dał mnie neu­ro­log. Był on nie­zwy­kle skru­pu­lat­ny i sumien­ny. Potrak­to­wał mnie bar­dzo poważ­nie. Dora­dził też przy oka­zji waż­ne rze­czy w spra­wie moje­go lecze­nia epi­lep­sji. Stwier­dził dość ogól­nie „pro­ces miej­sco­wy” – opu­chli­znę pod pra­wą stro­ną żuchwy i ból przy pal­pa­cji. Poza tym neu­ro­lo­gicz­nie wszyst­ko było w porząd­ku.

Zosta­łam wypi­sa­na ze szpi­ta­la po sied­miu godzi­nach bez kon­kret­nej dia­gno­zy ani zale­ceń, z nadal zaci­śnię­tą szczę­ką i bez pomy­słu na ciąg dal­szy. Jedy­ną otrzy­ma­ną wska­zów­ką było, aby udać się do inter­ni­sty, a w przy­pad­ku zaostrze­nia – na SOR laryn­go­lo­gicz­ny w Gdań­sku Głów­nym lub na SOR sto­ma­to­lo­gicz­ny.

 

Dochodzimy do siebie po wielu godzinach na SOR-ze bez konkretnej diagnozy

Docho­dzi­my do sie­bie po wie­lu godzi­nach na SOR-ze bez kon­kret­nej dia­gno­zy

Pogorszenie i podejrzenie zapalenia ucha

W domu po spłu­ka­niu z sie­bie szpi­tal­nych zaraz­ków szyb­ko poszłam spać, a o 8 obu­dzi­łam się z jesz­cze więk­szym bólem, a moje pra­we ucho było czer­wo­ne i spuch­nię­te. Wie­dzia­łam już, że to nie koniec przy­go­dy z SOR-ami. Po śnia­da­niu (wie­dząc już, że może­my dłu­go cze­kać, nie mogłam go omi­nąć) ruszy­li­śmy na gdań­skie Nowe Ogro­dy.

Kolejny SOR

Na tym SOR-ze od począt­ku do koń­ca mia­łam wra­że­nie bycia w nie­wła­ści­wym miej­scu. Nie mogłam się jed­nak wyco­fać. Nie chcia­łam. Był week­end, sobo­ta rano. Bola­ło bar­dzo, a ja nie mogłam jeść. I nie wie­dzia­łam, czy przy­pad­kiem nie jest to stan zapal­ny zwią­za­ny z uchem. W mię­dzy­cza­sie nie było ono już takie czer­wo­ne, choć opu­chli­znę oko­li­cy pra­we­go sta­wu skro­nio­wo-żuchwo­we­go widać było gołym okiem. Wyczu­wa­łam tak­że ewi­dent­nie zwę­że­nie pra­we­go kana­łu słu­cho­we­go w porów­na­niu do lewe­go.

Dzień jak co dzień ;-) I zagadka: jaka jest przyczyna szczękościsku: żuchwa czy ucho?

Dzień jak co dzień ;-) I zagad­ka: jaka jest przy­czy­na szczę­ko­ści­sku: żuchwa czy ucho?

Tak obstawialiście na moim instagramowym story, a ja nadal nic nie wiem

Tak obsta­wia­li­ście na moim insta­gra­mo­wym sto­ry, a ja nadal nic nie wiem

 

 

Dosta­łam zie­lo­ną opa­skę tak, jak dzień wcze­śniej. Moje wra­że­nia z tego SOR-u były jed­nak raczej nie­przy­jem­ne. Więk­szość z sze­ściu w sumie godzin, któ­re tam spę­dzi­łam, prze­sie­dzia­łam w pocze­kal­ni – w pomiesz­cze­niu bez okien, na wyjąt­ko­wo nie­wy­god­nych, pla­sti­ko­wych krze­seł­kach. Stam­tąd wzy­wa­na byłam na kolej­ne bada­nia i tam potem wra­ca­łam.

Mój Mąż Miłosz cały czas mi towarzyszył w poczekalni, wykorzystując czas na pracę

Mój Mąż Miłosz cały czas mi towa­rzy­szył w pocze­kal­ni, wyko­rzy­stu­jąc czas na pra­cę

 

Zba­da­ła mnie inter­nist­ka (lub ratow­nicz­ka medycz­na, trud­no stwier­dzić, bo się nie przed­sta­wi­ła tak, jak było to u lekar­ki na Zaspie). Potem mia­łam jesz­cze zro­bio­ne zdję­cie rent­ge­now­skie.

Po wielu godzinach czekania dopadła nas głupawka ze zmęczenia

Po wie­lu godzi­nach cze­ka­nia dopa­dła nas głu­paw­ka ze zmę­cze­nia

Głód, ból i zmęczenie – ale przecież wytrzymam!

Czas ocze­ki­wa­nia cią­gnął się nie­mi­ło­sier­nie. Oczy­wi­ście w mię­dzy­cza­sie byłam głod­na i nie mia­łam jak wyjść z pocze­kal­ni po jedze­nie, a mój Mąż musiał poje­chać do domu. Trze­ba było zaci­snąć zęby i wytrzy­mać. Sta­wy w całym cie­le bola­ły od nie­ru­cho­me­go sie­dze­nia na nie­wy­god­nych krze­seł­kach w obu SOR-ach. Moje ŁZS, czy­li łusz­czy­co­we zapa­le­nie sta­wów, obja­wia się m.in. tym, że koniecz­ne są u mnie czę­ste zmia­ny pozy­cji cia­ła. W prze­ciw­nym wypad­ku sta­wy sztyw­nie­ją i odczu­wam ból.

Laryngolog – najgorsze doświadczenie ze służbą zdrowia

Na koniec mara­to­nu przy­jął mnie laryn­go­log. Nie pamię­tam, czy kie­dy­kol­wiek w życiu przyj­mo­wał mnie ktoś tak oschły, bez kon­tak­tu, zain­te­re­so­wa­nia dru­gim czło­wie­kiem. W tam­tym momen­cie byłam wykoń­czo­na – głod­na, obo­la­ła, zmę­czo­na; myśla­łam już tyl­ko o tym, żeby zno­wu być w domu.

W tym wszyst­kim usły­sza­łam tyl­ko, że laryn­go­lo­gicz­nie wszyst­ko jest ok. Spy­ta­łam, dla­cze­go moje ucho jest spuch­nię­te w środ­ku. Lekarz zapy­tał, kto to stwier­dził. Powie­dzia­łam, że ja sama. Usły­sza­łam jedy­nie:

To źle pani stwier­dzi­ła, bo tu nic nie widzę.”

 

Lekarz odwró­cił się ple­ca­mi do mnie i usiadł do kom­pu­te­ra.

Zosta­łam tak z opad­nię­ty­mi ręka­mi. Bez jakiej­kol­wiek wska­zów­ki, co dalej, w dodat­ku z suge­stią, że… uda­ję. Odczu­wa­łam w tym momen­cie potwor­ny kok­tajl emo­cji – złość, smu­tek, fru­stra­cję, roz­cza­ro­wa­nie… Spy­ta­łam, co dalej, a lekarz na to: „Nie wiem, ja swo­ją robo­tę zro­bi­łem”.

To było chy­ba naj­gor­sze doświad­cze­nie w moim życiu zwią­za­ne ze służ­bą zdro­wia. A ja nie czu­łam się na siłach, żeby w jaki­kol­wiek spo­sób na to zare­ago­wać. Mam taką część w sobie, któ­ra się w takich sytu­acjach total­nie blo­ku­je.

Kolejny wypis i kolejne znaki zapytania

Wró­ci­łam do pocze­kal­ni, żeby ocze­ki­wać na wypis. Po nie­dłu­gim cza­sie przy­szła ta lekar­ka, któ­ra mnie przyj­mo­wa­ła. Prze­ka­za­ła wypis, powie­dzia­ła, żeby zgło­sić się do inter­ni­sty lub porad­ni zdro­wia psy­chicz­ne­go… Tak, wiem, że stres może wywo­ły­wać szczę­ko­ścisk, ale to nie było to! Powie­dzia­łam jej o moich wąt­pli­wo­ściach odno­śnie do dia­gno­zy laryn­go­lo­gicz­nej, jed­nak ona powie­dzia­ła, że lekarz nie stwier­dził żad­nych uchy­bień.

Nie mia­łam już siły wal­czyć o cokol­wiek, chcia­łam już tyl­ko do domu.

 

I tu wracamy do tematu długiego czekania i niewygodnych krzeseł w poczekalni

Chęt­nie zro­bi­ła­bym ana­li­zę UX – user expe­rien­ce, czy­li doświad­cze­nia użyt­kow­ni­ka, zwią­za­ne­go z poby­tem na SOR-ach. Otóż po spę­dze­niu w sumie 13 godzin na obu oddzia­łach ratun­ko­wych mój szczę­ko­ścisk zaczął… scho­dzić na dal­szy plan.

Na pierw­szy plan wysu­nę­ły się potwor­ne bóle ple­ców. Mia­łam skur­cze przy naj­mniej­szej pró­bie napi­na­nia mię­śni tam­tej oko­li­cy – nie mogłam się schy­lać, pod­nieść rąk, czy prze­wra­cać z boku na bok. Noc była kosz­mar­na. Tak­że tak – po powro­cie z SOR-ów czu­łam się bar­dziej cho­ra, niż przed nimi. A nadal nic nie wie­dzia­łam.

Poczu­łam, że to moment, żeby na chwi­lę odpu­ścić dia­gno­sty­kę, i sku­pić się na sobie. Wejść bar­dziej do wnę­trza sie­bie.

Nie wiem, co myśleć

Nie wiem, co myśleć

 

Do wnętrza siebie

Kolej­ne dwa dni spę­dzi­łam głów­nie na relak­sie, śmie­chu w towa­rzy­stwie mojej wspa­nia­łej rodzi­ny i na cudow­nej sesji masa­żu Lomi Lomi Nui u Agniesz­ki Kawu­li.

Popołudnie w dobrym towarzystwie – z rodzinką

Popo­łu­dnie w dobrym towa­rzy­stwie – z rodzin­ką

Gorą­co ją Wam pole­cam, jeśli miesz­ka­cie w Trój­mie­ście. Agniesz­ka ma ogrom­ne doświad­cze­nie, a ja z przy­jem­no­ścią odda­ję się w jej ręce. Wie­lo­krot­nie mia­łam już oka­zję być maso­wa­na przez nią i za każ­dym razem jest ina­czej, choć jed­no jest wspól­ne: bło­gość, jaką się odczu­wa przez te pół­to­rej godzi­ny.

Jadę się masować do Agnieszki Kawuli

Jadę się maso­wać do Agniesz­ki Kawu­li

Lomi Lomi Nui – masaż harmonizujący ciało i duszę

Lomi Lomi Nui to masaż hawaj­ski, pod­czas któ­re­go cia­ło sma­ro­wa­ne jest róż­ny­mi ole­ja­mi, maso­wa­ne dłoń­mi i przed­ra­mio­na­mi, do cudow­nej muzy­ki. To, jak ja odczu­wam jego nie­zwy­kłe dzia­ła­nie, to przede wszyst­kim przy­wra­ca­nie har­mo­nii w cie­le, mobi­li­za­cja sta­wów, pobu­dza­nie lim­fy i uwal­nia­nie napięć. Na głęb­szym pozio­mie dzie­je się bar­dzo dużo – pra­ca z emo­cja­mi czy jakimś tema­tem, któ­ry aku­rat cho­dzi po gło­wie. Lomi Lomi jako masaż to zawsze dopie­ro począ­tek, bo wie­le zaczy­na się dziać po masa­żu, na róż­nych płasz­czy­znach.

Włosy całe w oleju = szczęście po masażu u Agnieszki Kawuli

Wło­sy całe w ole­ju = szczę­ście po masa­żu u Agniesz­ki Kawu­li

 

Następ­ny dzień po masa­żu czu­łam się jak po solid­nym tre­nin­gu. Cia­ło, głów­nie sta­wy, obo­la­łe. Szczę­ka moc­niej zaci­śnię­ta. Wie­rzę jed­nak, że mimo to, było to dzia­ła­nie korzyst­ne dla całe­go pro­ce­su, a efekt zaostrze­nia był pierw­szym kro­kiem do zdro­wie­nia. Cza­sem tak to się przed­sta­wia.

Pogorszenie – kryzys fizyczny i psychiczny

Wie­czo­rem, we wto­rek (czy­li 8 maja), moja szczę­ka zno­wu bar­dzo się zaci­snę­ła, zno­wu led­wo mogłam wci­snąć tablet­ki. Spę­dzi­łam pół nocy w ogrom­nym bólu i wąt­piąc we wszyst­ko. Bli­ska byłam kolej­nej wizy­ty na SOR-ze, byle tyl­ko ktoś ulżył mi w bólu. Jed­nak zno­wu wytrzy­ma­łam. Zasnę­łam pra­wie nad ranem.

Czasem słońce, czasem deszcz, kiedy frustracja brakiem diagnozy rośnie, a rozwarcie szczęk maleje.

Cza­sem słoń­ce, cza­sem deszcz, kie­dy fru­stra­cja bra­kiem dia­gno­zy rośnie, a roz­war­cie szczęk male­je.

 

Gdy się obu­dzi­łam, szczę­ko­ścisk nie­co odpu­ścił w sto­sun­ku do poprzed­nie­go wie­czo­ra.

Tego dnia mia­łam wizy­tę pry­wat­ną u moje­go inter­ni­sty (inne­go niż ten na począt­ku mojej opo­wie­ści). To lekarz, na któ­re­go zawsze mogę liczyć. Jest pasjo­na­tem swo­je­go zawo­du i to widać. Wie­lo­krot­nie prze­ko­na­łam się już, jak sze­ro­ką ma wie­dzę i jak ogrom­ne doświad­cze­nie.

I tym razem wyszłam z jego gabi­ne­tu z nadzie­ją, że w koń­cu coś się zmie­ni. Potwier­dził moje przy­pusz­cze­nia, że jest to praw­do­po­dob­nie zaostrze­nie ŁZS (wspo­mnia­ne­go już łusz­czy­co­we­go zapa­le­nia sta­wów). Dosta­łam lek prze­ciw­za­pal­ny i prze­ciw­bó­lo­wy oraz dru­gi roz­kur­czo­wy, a tak­że zale­ce­nie przyj­ścia do kon­tro­li za tydzień.

Historii szczękościsku ciąg dalszy: internista potwierdził, że to prawdopodobnie ŁZS

Histo­rii szczę­ko­ści­sku ciąg dal­szy: inter­ni­sta potwier­dził, że to praw­do­po­dob­nie ŁZS

 

Nadzieja na polepszenie

Dziś, gdy piszę te sło­wa, jest pią­tek, czy­li dwa dni po dia­gno­zie. Jestem na nowych lekach. Odpu­kać, szczę­ka nie zaci­ska się moc­niej, otwie­ram ją na mniej wię­cej pół­to­ra pal­ca i nadal nie mogę gryźć twar­dych rze­czy, ani zie­wać. Mówie­nie przy­cho­dzi mi z tru­dem i nie­co seple­nię. ;-) Nie wiem, ile to jesz­cze potrwa. Liczę, że prze­pi­sa­ne leki mi pomo­gą.

 

Wokół szczękościsku

Cały pro­ces zwią­za­ny ze szczę­ko­ści­skiem i jego kon­se­kwen­cja­mi, wywo­łał u mnie spo­ro prze­my­śleń, któ­ry­mi chcia­ła­bym się z Tobą podzie­lić.

Jedzenie przy szczękościsku staje się tematem numer jeden

Oka­zu­je się, że trud­no jest najeść się pap­ka­mi, pły­na­mi itp. Po kil­ku dniach zaczę­łam już być napraw­dę sfru­stro­wa­na.

Jedzenie dla astronautów i grupe rurki do koktajli – najlepszy małż właśnie mnie wyposażył w zestaw pierwszej szczękowej pomocy

Jedze­nie dla astro­nau­tów i gru­pe rur­ki do kok­taj­li – naj­lep­szy małż wła­śnie mnie wypo­sa­żył w zestaw pierw­szej szczę­ko­wej pomo­cy

Na śnia­da­nia piję oko­ło dwóch dużych szkla­nek kok­taj­li z płat­ka­mi owsia­ny­mi i chia. Jest to dość sycą­ce, ale słod­kie, a mi cią­gle się chce jeść coś wytraw­ne­go. Ogól­nie pap­ki o wie­le łatwiej jest uzy­skać słod­kie. Zda­rza mi się jesz­cze jadać jajecz­ni­ce, ale tego nie da się zjeść bar­dzo dużo bez jakie­goś chle­ba do tego. A gry­zie­nie abso­lut­nie odpa­da.

Śniadaniowy koktajl

Śnia­da­nio­wy kok­tajl

Na obia­dy zupy-kre­my. Pierw­sza była pysz­na, ale byłam w sta­nie zjeść pół miski, wię­cej nie wcho­dzi­ło, a ja nadal byłam głod­na… Dru­ga zupa, któ­rą zro­bi­łam wczo­raj, to sma­ko­wa kata­stro­fa… przed mik­so­wa­niem była pysz­na – z kaszą, faso­lą, warzy­wa­mi… po mik­so­wa­niu… led­wo ją w sie­bie wci­snę­łam. No nie sma­ku­je mi… Mam kil­ka litrów jesz­cze…

Szu­kam kolej­nych pomy­słów na to, co jeść. Pla­nu­ję hum­mus, pastę jajecz­ną (uwiel­biam!), awo­ka­do… Będę pew­nie blen­do­wać róż­ne kasze i do tego jakieś sosy. Może nawet wystar­czy dobrze roz­go­to­wa­na kasza – jagla­na czy gry­cza­na nie­pa­lo­na.

Jej! Właśnie mi się przypomniało, że mamy taki skarb w domu!

Jej! Wła­śnie mi się przy­po­mnia­ło, że mamy taki skarb w domu!

Nie­ste­ty w mojej „die­cie” dosko­na­le się spraw­dza cze­ko­la­da… 😜 Roz­pły­wa się w ustach… Lody też są dobre… ale na szczę­ście jed­nak cią­gnie mnie do wytraw­ne­go.

Zaciskanie zębów

Kolej­ne myśli doty­czą tego „wytrzy­my­wa­nia”, któ­re tak pod­kre­śla­łam w tej mojej histo­rii. Szczę­ko­ścisk może być bar­dzo sym­bo­licz­ny. Nie­wąt­pli­wie jest tu ogrom­ne pole do popi­su, jeśli cho­dzi o tzw. pra­cę z symp­to­mem. Bar­dzo faj­nie coś takie­go moż­na sobie prze­ro­bić w nur­cie pra­cy z pro­ce­sem (POP – pro­cess orien­ted psy­cho­lo­gy) albo korzy­sta­jąc z metod Total­nej Bio­lo­gii (recall healing).

Jako oso­ba moc­no doświad­czo­na w kwe­stiach zdro­wot­nych (a raczej: cho­ro­bo­wych) lubię dzia­łać na wie­lu fron­tach. Nie ucie­kam ani od medy­cy­ny kla­sycz­nej, ani od tzw. metod alter­na­tyw­nych. Nie lubię tego ści­słe­go podzia­łu. Jestem wdzięcz­na za wszel­kie środ­ki, któ­re pozwa­la­ją na spra­wie­nie sobie ulgi, roz­wią­za­nie pro­ble­mu, czy ule­cze­nie. Cza­sem jest to tyl­ko zale­cze­nie i cza­sem takie zale­cze­nie jest jedy­nym, co moż­na uzy­skać.

Od dłuż­sze­go cza­su jestem pogo­dzo­na z tym, jak jest. Nie prze­sta­łam „wal­czyć”, dbać o zdro­wie itp.; wręcz prze­ciw­nie. Spły­nę­ła na mnie głę­bo­ka akcep­ta­cja tego, jak jest. Że może wyzdro­wie­ję, może nie, może prze­sta­nę brać leki, może nie. Mogę nato­miast wyko­rzy­stać, jak mogę naj­le­piej to, co mam. Tu i teraz. I z takim poczu­ciem żyję od kil­ku mie­się­cy. Dało mi to ogrom­ny spo­kój wewnętrz­ny.

Wpływ na inne sfery życia

Szczę­ko­ścisk ogrom­nie wpły­nął na moją wydaj­ność i pro­duk­tyw­ność. Przez więk­szość cza­su nie mogę sku­pić się na niczym. Mam ogrom­ną potrze­bę relak­su, odpo­czyn­ku, dba­nia o sie­bie. Czę­sto też trud­no jest po pro­stu myśleć. Odkąd poja­wił się szczę­ko­ścisk, nie byłam prak­tycz­nie w sta­nie pra­co­wać.

Służba zdrowia

Cała histo­ria dała mi też bar­dzo do myśle­nia odno­śnie do służ­by zdro­wia. Może uznasz, że żyję w jakiejś bań­ce, i ponie­kąd będziesz miał(-a) rację. Ta bań­ka jest z wybo­ru. Od moje­go powro­tu z Nie­miec sie­dem lat temu nie korzy­stam z publicz­nej służ­by zdro­wia w ogó­le.

Jedy­nym wyjąt­kiem jest moja epi­lep­to­log, ponie­waż jest to jedy­na epi­lep­to­log w całym woje­wódz­twie pomor­skim. Nie przyj­mu­je nigdzie pry­wat­nie.

Od pierw­sze­go dnia z powro­tem w Pol­sce mia­łam pakiet medycz­ny. Korzy­stam z leka­rzy pry­wat­nie. Wyjąt­kiem są sytu­acje nagłe, wyma­ga­ją­ce szpi­ta­la. Róż­ni­ca w jako­ści całe­go doświad­cze­nia zwią­za­ne­go z dba­niem o zdro­wie pry­wat­nie i pań­stwo­wo jest ogrom­na. To zapew­ne temat na oddziel­ny arty­kuł. Daj mi znać, jeśli ten temat by Cię inte­re­so­wał.

Chcia­ła­bym jed­nak pod­kre­ślić, że zarów­no pań­stwo­wo, jak i pry­wat­nie, zda­rza­ją się wyjąt­ki. A bar­dzo czę­sto cho­dzi po pro­stu o kon­kret­nych ludzi i to, jakie mają podej­ście do czło­wie­ka.

Czę­sto wystar­czy­ła­by zwy­czaj­na ludz­ka ser­decz­ność oraz nawią­za­nie kon­tak­tu wzro­ko­we­go (sic!), żeby czło­wiek poczuł się lepiej. A takie szcze­gó­ły mają ogrom­ne zna­cze­nie. W koń­cu leki to nie jest jedy­na, czy pierw­sza rzecz, jaka ma nas leczyć. Leczą nas szcze­gó­ły…

 

Zamiast podsumowania

Moja histo­ria nie ma puen­ty ani pod­su­mo­wa­nia. Szczę­ko­ścisk jest trwa­ją­cym u mnie nadal pro­ce­sem, a zna­jąc życie, jego lecze­nie może jesz­cze tro­chę potrwać. Nie­wy­klu­czo­ne, że koniecz­na będzie szy­na, żebym nie znisz­czy­ła sobie zębów, oraz fizjo­te­ra­pia, żeby przy­wró­cić spraw­ność szczę­ki.

Na szczę­ście moją szczę­ką zain­te­re­so­wa­ło się na Face­bo­oku spo­ro zna­jo­mych (i nie­zna­jo­mych) osób, dzię­ki cze­mu otrzy­ma­łam mnó­stwo świet­nych rad i wska­zó­wek, a tak­że kon­tak­tów do osób, któ­re mogą pomóc na dal­szej dro­dze.

I też tro­chę dla­te­go opi­su­ję to tutaj wszyst­ko w jed­nym kawał­ku, bo zauwa­ży­łam, że spo­ro osób jest zaan­ga­żo­wa­nych. Może moje pery­pe­tie ze szczę­ko­ści­skiem, ŁZS i opis tego, co robię, żeby sobie pomóc, będą w przy­szło­ści dla kogoś pomoc­ne.


Planuję kontynuację tematów zdrowotnych na blogu

Dotar­ło do mnie, jak ogrom­ną czę­ścią moje­go życia one są i że być może moje doświad­cze­nia w róż­nych z tym zwią­za­nych tema­tach mogą zain­spi­ro­wać czy pomóc. Od listo­pa­da nie pisa­łam tu nic mię­dzy inny­mi dla­te­go, że nie byłam w sta­nie. Górę nade mną wzię­ły róż­ne sta­ny depre­syj­ne, zaczę­łam też nową pra­cę. Bar­dzo dużo się dzia­ło. Ponad­to nasi­li­ło się moje obni­żo­ne poczu­cie wła­snej war­to­ści, wia­ra w sie­bie, w war­tość tego, co piszę, o czym i jak.

Zmie­nił się nie­co mój plan dzia­łań zawo­do­wych i to też mia­ło nie­ma­ły wpływ na mil­cze­nie na samym blo­gu. Jeśli jed­nak obser­wu­je­cie mnie w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, to wie­cie, że nie znik­nę­łam. Nicze­go nie obie­cu­ję, nie chcąc narzu­cać sobie żad­nej pre­sji (widzi­cie, znów ta sym­bo­li­ka szczę­ko­ści­sku!), jed­nak mam ogrom waż­nych prze­my­śleń, któ­re chcą ujrzeć świa­tło dzien­ne, a wraz z wio­sną przy­cho­dzi do mnie nowa ener­gia. Spo­dzie­wam się więc, że wró­cę do pisa­nia, któ­re zawsze tak bar­dzo kocha­łam.

I jesz­cze jed­no: wybie­ram się na See Blog­gers do Łodzi. Jeśli Ty też, daj znać, może się zoba­czy­my?


PS: W arty­ku­le uży­łam lin­ków part­ner­skich do pakie­tu medycz­ne­go S7 Health, z któ­re­go korzy­stam. Pole­cam go z czy­stym sumie­niem, bo wiem, jak war­to­ścio­wy jest taki pry­wat­ny pakiet, jeśli trze­ba regu­lar­nie cho­dzić do leka­rza i na bada­nia. Oszczę­dza to mnó­stwo cza­su i ner­wów. Ten arty­kuł nie był pisa­ny z myślą o rekla­mie, być może jed­nak link będzie pomoc­ny dla kogoś z Was.

Kon­takt: asia@rycko-bozenska.blog

Pro­jekt: simplyyourself.online

© 2012–2017 Asia Ryć­ko-Bożeń­ska

Stro­na uży­wa cookies.

%d bloggers like this: